OBECNY STATUS USTAWY:
Sejm podtrzymał weto prezydenta
Nasz manifest
Sprzeciwiamy się planowanej przez Platformę Obywatelską prywatyzacji szpitali, ponieważ efektem takich przekształceń będzie ograniczenie dostępu do usług medycznych dla ludzi o średnich i niskich zarobkach oraz obniżenie jakości opieki medycznej.

Prywatyzacja, czyli przekazanie większości udziałów w ręce prywatne, spowoduje zmianę celu działalności szpitala. Podstawowy cel, jakim było dotąd udzielanie usług zdrowotnych wszystkim potrzebującym, niezależnie od ich sytuacji materialnej zejdzie na dalszy plan. Zastąpi go zupełnie inny - maksymalizacja zysku.

> przeczytaj więcej



Komercjalizacja w sferze usług społecznych

Udział zwolenników i przeciwników w dyskusji okomercjalizacji i prywatyzacji szpitali nie jest równy ani sprawiedliwy. Dotyczyto zarówno liczby zabierających głos, reprezentacji obu grup i dziennikarskichsympatii. W debacie nieobecni są politycy społeczni, od dawna analizujący ibadający komercjalizację funkcji instytucji społecznych w przemianacheuropejskiego welfare state. Są dość dobrzy, żeby pełnić funkcje eksperckie winstytucjach międzynarodowych, ale nie dość poprawni politycznie, aby dano imgłos. Ich miejsce zajęli analitycy bankowi, najchętniej wypowiadający się wsprawach, na których się nie znają. Tym sposobem obóz przeciwników komercjalizacjii prywatyzacji zredukowany został do polityków i przedstawicieli grupzawodowych ochrony zdrowia (choć nie wszystkich). Jednych i drugich łatwo siędyskredytuje posądzeniem o obronę własnego interesu.

Obywatele w większości są przeciwni komercjalizacji szpitali,ale ich postawa nie jest przedmiotem poważnej publicystycznej analizy, a conajwyżej impulsem do nawracania tychże obywateli na wiarę w to, że prywatnejest lepsze od publicznego. 8 października telewizja publiczna pokazała starszepanie żywo protestujące przeciwko prywatyzacji szpitali. Panie leżały nałóżkach szpitalnych i wyrażały zadowolenie z opieki, którą je otoczono. I wtedydziennikarz zadał cios staruszkom: zapytał, czy wiedzą, w jakim szpitalu sięleczą – prywatnym czy państwowym. Zdemaskowane starsze panie oczywiście niewiedziały, że w prywatnym.

 

Chcę zabrać głos w tej dyskusji jako matka niepełnosprawnegomłodego człowieka. Choroba, którą nosił w sobie 30 lat, zakończyła się dlaniego tragicznie uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Leczenie i rehabilitacja synato także doświadczenie sposobu świadczenia usług przez zakłady opieki zdrowotnejdziałające w formie spółek częściowo lub całkowicie prywatnych, przyjmującychpacjentów w ramach kontraktu z NFZ.

Z oddziału intensywnej terapii w 14 dobę po operacjikręgosłupa, z połamanymi kośćmi nóg, z cewnikiem, zadrutowaną żuchwą pozłamaniu szczęki, żywiony dojelitowo – wypisany byłby pewnie do domu, gdyby nieudało się załatwić miejsca w publicznym szpitalu, dającym szansę na wczesnąrehabilitację. Odtąd załatwianie stało się podstawową strategią rehabilitacji,i to zarówno w prywatnych, jak i w państwowych ośrodkach. Jestem i będęwdzięczna wszystkim, którzy mi pomogli, ale to nie zmniejsza bólu, biorącegosię ze świadomości, że ktoś, kto o czasie sobie nie załatwił – traci być możeszansę.

Publiczny szpital, do którego trafił syn, standardami wyposażenia,kwalifikacjami lekarzy, rehabilitantów, obsługą pielęgniarską przypominałprywatne kliniki z amerykańskiego filmu.” Mamo – powiedział mi kiedyś syn opielęgniarkach – nigdy nie widziałem na ich twarzy zniechęcenia, nawet kiedykilkanaście razy w nocy naciskałem dzwonek”.

Następny etap rehabilitacji przypadł na niepubliczny zoz,przyjmujący pacjentów nieodpłatnie. Gdyby jednak nie osobiste wstawiennictwojednej z osób zarządzających placówką, ordynator pewnie nie przyjąłby syna zpowodu braku wielostronnego monitoringu medycznego. Pojawiły się też kłopoty zpielęgnacją (zmiana pampersa, nakładanie butów, itd.). Brakowało pielęgniarek,ale uczynnością i dobrą organizacją rekompensowały braki. Rehabilitacja przyniosłaznakomite efekty. Syn sam się ubiera, wkłada buty i stawia pierwsze kroki przybalkoniku.

W kolejnym całkowicie prywatnym ośrodku rehabilitacyjnym,mającym status zakładu opieki zdrowotnej nie było już tak łatwo. Syn otrzymałskierowanie w ramach kontraktu z NFZ. Od takich pacjentów pobierano dodatkowąopłatę w wysokości 40 zł. za dzień. Placówka cieszy się sławą. Moim zdaniemzawdzięcza ją emblematom luksusu: olejnymi landschaftami, kandelabrami, złotyminarzutami, etc. W pokojach z eleganckimi meblami trudno manewrować wózkieminwalidzkim, w łazience przykra niespodzianka: próg oddziela kabinęprysznicową. Dla osób na wózku inwalidzkim bariera nie do pokonania. Nie ma teżkrzesła umocowanego do ściany, na które niepełnosprawny przesiada się z wózka,aby wziąć prysznic. W ośrodku rehabilitacyjnym rzecz nie do pomyślenia.Pielęgniarki uprzejmie tłumaczą, że ośrodek jest raczej nastawiony na lżejszeprzypadki i pacjent powinien być samodzielny. Nie wiem, czy możliwa jest taka „wąskaspecjalizacja” w rehabilitacji kupowanej przez NFZ, ale pacjent z uszkodzeniemrdzenia w okolicy lędźwiowej byłby zdolny samodzielnie się umyć, gdyby zamiastrozlicznych upiększających gadżetów łazienka była odpowiednio dostosowana. Okazałosię również, że w pojęciu trudnego przypadku mieści się zmiana pampersa.Neurolog oddziału stacjonarnego (!) nie chciał przyjąć syna. Sprawę postawionojasno: albo ktoś z rodziny będzie opiekował się synem na miejscu, wnosząc pełnąopłatę, albo zapłacimy za dodatkową obsługę pielęgniarską. Zapłaciliśmy.

Od września syn jest w domu. Lekarz wypisał zlecenie nadomowe usługi rehabilitacyjne, wykonywane przez prywatną firmę. Nie ma towpływu na fakt, że od połowy roku limit na bezpłatną rehabilitację wyczerpałsię i w miarę naszych możliwości finansowych korzystamy z pełnopłatnychzabiegów.

 

Kolejki do specjalistów i szpitali nie skończą się wraz zezmianą formy własności i statusu prawnego. Długi okres oczekiwania na miejsce wplacówce zdrowotnej zależy bowiem od ilości zakontraktowanych usług. Tam, gdziezdefiniowane potrzeby zdrowotne, określone w liczbie skierowań do specjalistówi szpitali, nie znajdują pokrycia w możliwościach finansowania przez płatnika,tam zawsze będzie protekcjonizm, przy czym w podmiotach prywatnych niepoddający się żadnej kontroli. I nie jest ważne, czy płatnikiem będzie NFZ, czykasy chorych. Tort do podziału jest ten sam. Komercjalizacji czy prywatyzacjinie dokonuje się z powodu niezdolności instytucji publicznych do efektywnegozarządzania, ale ucieczki organów państwa od odpowiedzialności za opiekęzdrowotną w sytuacji deficytu środków. Działające w formie spółek szpitale, abynie zamknąć bilansu ujemnym wynikiem, będą wypychać tzw. gorsze ryzyka,relatywnie nisko wyceniane oraz redukować koszty, np. poprzez ograniczeniezatrudnienia średniego personelu. Bardzo szczelny i skuteczny mechanizmkontroli mógłby jedynie ograniczyć skalę zjawiska, którego nie da sięwyeliminować z uwagi na strukturalny deficyt środków (wysokość składkiskalkulowana w momencie wprowadzania reformy na minimalnym poziomie zapewniającejbezpieczeństwo pacjentów stanowiła 9% podstawy wymiaru,zredukowano ją do 7,5%). Taki mechanizm nie istnieje, nie stworzy go przepiszakazujący odmowy przyjęcia pacjenta do szpitala. W Polsce mamy szczególnieprzykre doświadczenia z martwą literą prawa. Powstaje pytanie, czy w ogóleistnieje w ochronie zdrowia procedura odwoławcza, która daje możliwośćnaprawienia szkody spowodowanej odmową interwencji medycznej i czy takaprocedura nie legalizuje czasem czegoś, czego ze względów rudymentarnych niepowinno się legalizować.

W okresie transformacji przesunięto na rynek wiele usługspołecznych. Proces ten polega m.in. na zlecaniu funkcji społecznych podmiotomprywatnym, wprowadzaniu częściowej lub pełnej odpłatności, selekcjonowaniupoprzez tzw. koszyki lub standardy. Działania te przesunęły redystrybucję dóbrpublicznych w kierunku grup zamożniejszych, ograniczyły dostępność do usługspołecznych (przedszkola), a w niektórych przypadkach pogorszyły ich jakość(znaczna część prywatnych szkół wyższych). Bywa, że przyczyniają się dopowstawania nowych problemów społecznych, jak na przykład na rynku usługopiekuńczych. Samorządy zlecają opiekę nad ludźmi starszymi w domu w drodzeprzetargu. Cena jest elementem rozstrzygającym. Kto da mniej – ten wygrywa. Prywatnyzleceniobiorca, aby wyjść na swoje, musi ciąć koszty, w tym wypadku wyłącznieosobowe. Zamiast umowy o pracę stosuje umowę – zlecenie, co pozwala płacićmniej niż najniższe wynagrodzenie, nie płacić za urlop, nie zgłaszać do ubezpieczeniachorobowego(jest dobrowolne), itd. Samorządy mogą więc ustanawiać niskie limitycenowe i tak koło się zamyka. Koszty komercjalizacji tego sektora ponoszą zatemosoby wykonujące usługi, są to głównie kobiety, ale także starzy, chorzy ludzie,którzy zamiast opieki stacjonarnej objęci są doraźną opieką, bo jest tańsza. Namiejsce w domu pomocy społecznej czeka się nawet ponad rok.

Stanisława Golinowska nie negując procesów komercjalizacjiusług społecznych zwraca uwagę, że” rynek regulowany to nie jest zwykły rynek,który funkcjonuje efektywnie, gdy podmioty mają swobodę i regulacjizewnętrznych jest jak najmniej. W sferze społecznej rynek jest regulatoremzawodnym, ale zastosowany w ograniczonej formie i przy użyciu pewnychinstrumentów regulacyjnych pozwala na eliminację wad oraz społecznie efektywnąalokację. Ten rodzaj regulacji jest jednak znacznie trudniejszy niż zarządzanieprodukcją państwową, czego nie doceniano. Sądzono raczej, że rynek regulowanyto jednak rynek i potrzeba tu mniej kontroli. Stąd efekty wprowadzania rynkuregulowanego nie są oceniane pozytywnie”. (S. Golinowska w: Praca i politykaspołeczna wobec wyzwań integracji). Szkoda, że entuzjaści urynkowienia placówekopieki zdrowotnej nie biorą pod uwagę doświadczeń o wiele przecieżzamożniejszych społeczeństw „starej” Unii.   

 

Jolanta Banach

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2008