OBECNY STATUS USTAWY:
Sejm podtrzymał weto prezydenta
Nasz manifest
Sprzeciwiamy się planowanej przez Platformę Obywatelską prywatyzacji szpitali, ponieważ efektem takich przekształceń będzie ograniczenie dostępu do usług medycznych dla ludzi o średnich i niskich zarobkach oraz obniżenie jakości opieki medycznej.

Prywatyzacja, czyli przekazanie większości udziałów w ręce prywatne, spowoduje zmianę celu działalności szpitala. Podstawowy cel, jakim było dotąd udzielanie usług zdrowotnych wszystkim potrzebującym, niezależnie od ich sytuacji materialnej zejdzie na dalszy plan. Zastąpi go zupełnie inny - maksymalizacja zysku.

> przeczytaj więcej



Rok straconych szans
Efekt prac Ministerstwa Zdrowia i parlamentu nad ustawami zdrowotnymi prawdopodobnie trafi dziś do kosza. Głównie z winy koalicji rządzącej

Dzisiaj prezydent ma zawetować trzy ustawy zdrowotne - o zakładach opieki zdrowotnej, o szczególnych warunkach pracy w zawodach medycznych i ustawę wprowadzającą, która reguluje sposób przymusowego przekształcenia szpitali w spółki i wskazuje drogę pomocy państwa dla zadłużonych szpitali. Weto jest już przesądzone. W ostatnich dniach urzędnicy Kancelarii Prezydenta pisali uzasadnienie, dlaczego Lech Kaczyński się na nie zdecydował.

To nie jest żadną niespodzianką. Jeszcze przed uchwaleniem pierwszego pakietu reformującego system było wiadomo, że prezydent nie podpisze ustaw, które otwierają możliwość prywatyzacji szpitali.

Ustawy uchwalone przez parlament nie prywatyzują placówek, ale rzeczywiście dają samorządom, czyli właścicielom, możliwość sprzedaży udziałów w spółkach szpitalnych bez żadnych ograniczeń, byłe tylko zgodziły się na to dwie trzecie radnych powiatu czy województwa. Czyli dają możliwość prywatyzacji.

Jest jeszcze bardzo nikła, ale realna możliwość, że SLD razem z koalicją rządzącą odrzucą weto prezydenta. Gdyby SLD się na to zgodził, straci politycznie wobec swego elektoratu. Bo ustawy o przymusowym przekształceniu szpitali w spółki są sprzedawane opinii publicznej jako ustawy prowadzące do prywatyzacji i żadne zaklinania polityków PO tego nie zmienią.

Z drugiej strony SLD ma listek figowy, bo w ostatniej chwili przed uchwaleniem ustaw posłowie PO wprowadzili do nich poprawki nieco utrudniające, ale nie zamykające drogi do ewentualnej prywatyzacji. Więc jest możliwość odrzucenia weta i do głosowania parlamentu nad wetem nie dowiemy się, jak się zachowa SLD. Bo targi polityczne będą się zapewne toczyły do ostatniej chwili, tak samo jak to było z ustawą medialną.

Można by się bez końca zastanawiać, czy była możliwość politycznego kompromisu i uchwalenia takiej ustawy, która z jednej strony przyspiesza przekształcenia szpitali w spółki, a z drugiej zapobiega nieprzemyślanej prywatyzacji. Uważam, że jeszcze w maju była realna możliwość kompromisu. Nawet jeśli PiS głosowałby przeciw, to lewica by ustawy poparła. A granice kompromisu zostały bardzo wyraźnie nakreślone, choćby podczas publicznej debaty w "Gazecie" ("Gazeta", 19 maja) - przekształcenia mają być dobrowolne, a ustawa zawiera zapis, że w przekształconych szpitalach większość udziałów ma publiczny właściciel - powiat, sejmik wojewódzki, miasto czy uniwersytety medyczne (bo one są właścicielami szpitali klinicznych).

Nawet PiS się na takie zapisy wówczas zgadzał, zwłaszcza że o przekształceniach szpitali w spółki myślała wcześniej ekipa profesora Religi, ministra zdrowia w rządzie PiS. Możliwy był nawet zapis, że obowiązkowym przekształceniom podlegają szpitale, które zechcą skorzystać z pomocy państwa w redukcji swoich długów.

Nawet gdyby taką ustawę chciał z przyczyn politycznych zawetować prezydent, miałby znacznie trudniejsze zadanie z uzasadnieniem tego kroku.

PO nie skorzystała z możliwości kompromisu. Nie podjęła politycznych rozmów z partiami opozycji. Zignorowała ustalenia styczniowego "białego szczytu" zorganizowanego przez rząd, który dał zielone światło dla przekształceń szpitali w spółki, ale partnerzy społeczni uznali, że szpital spółka ma działać przede wszystkim dla dobra społeczności, realizować misję, a nie uprawiać działalność komercyjną.

Takie kryteria spełniała odrzucona kilka lat temu ustawa o spółkach użyteczności publicznej, którą chciał przeforsować w Sejmie ówczesny minister zdrowia Marek Balicki. Można ją było odkurzyć, uzupełnić, zmienić niektóre zapisy i projekt byłby gotowy.

Niestety, prace nad ustawami potoczyły się inaczej. Sejm dotąd nie widział takiej arogancji, z jaką posłowie PO przepychali swoją "jedynie słuszną" wersję ustawy. No i mamy to, co mamy.

Jeśli weto prezydenta poprze również lewica, to mamy za sobą prawie rok pracy nad ustawami, które wylądują w koszu. Szkoda papieru na te niezliczone druki sejmowe, szkoda czasu poświęconego na debaty, szkoda pieniędzy podatnika na tę radosną działalność.

Teraz należy sobie zadać pytanie: co dalej?

Minister Ewa Kopacz już od dawna zapowiadała, że ma plan awaryjny na wypadek weta. Ma go ogłosić publicznie na konferencji prasowej pół godziny po zawetowaniu ustaw.

Nie jest jeszcze jasne, czy zrobi to już dzisiaj, czy dopiero wtedy gdy nie uda się odrzucenie weta w parlamencie. Ale to mało istotne. Ważne jest to, że tzw. plan B zakłada pomoc finansową państwa dla szpitali, które przekształcą się w spółki.

Można się więc spodziewać, że proces przekształceń będzie postępował. Wiemy, że chcą tego samorządy. W wielu miejscach Polski wstrzymały one prace nad przekształceniami w oczekiwaniu na ustawy sejmowe. Skoro ich nie będzie, praca nad przekształceniami znowu ruszy.

- Rząd pomoże szpitalom, które będą przekształcane - zapewnił wczoraj szef doradców premiera Michał Boni. Ale sądząc po jakości ustaw zdrowotnych, mam spore wątpliwości, czy tę pomoc da się wprowadzić zgodnie z prawem.

Wątpliwości biorą się stąd, że pomiędzy drugim a trzecim czytaniem trzeba było gorączkowo zmieniać niektóre artykuły ustawy, bo były niezgodne z prawem unijnym. Mam wątpliwości, czy można bez ustawy udzielić zadłużonym szpitalom publicznej pomocy. Musi się ona opierać na klarownych zasadach, które nie będą dyskryminowały innych szpitali.

Załóżmy optymistycznie, że da się to zrobić. Wówczas przekształcenia szpitali w spółki będą się odbywać faktycznie dobrowolnie. Więc czemu nie zapisano tego w ustawie, żeby uniknąć weta?

Prawdopodobnie pierwsze do przekształceń ustawią się w kolejce zadłużone szpitale powiatowe. Ta droga jest przetarta - w spółki przekształciło się już ponad 60 szpitali powiatowych.
Nieco później ten proces obejmie szpitale wojewódzkie, a zapewne najpóźniej kliniki, bo im większy i bardziej wyspecjalizowany szpital, tym trudniej będzie go sensownie zrestrukturyzować.

Po przekształceniu szpitala dzisiejszy porządek prawny nie zabroni go również sprzedać, będzie to zależało od woli właścicieli. Czyli weto prezydenta też nie postawi tamy przed prywatyzacją.

Co więc jest mniejszym złem?

Uchwalone ustawy zdrowotne spowodowałyby obowiązkowe przekształcenie wszystkich szpitali w spółki ciągu dwóch lat. Z możliwością ich prywatyzacji. Bez ustaw będą dobrowolne przekształcenia w spółki. Też z możliwością prywatyzacji.

Widać więc, że największym złem, jakie się stało w bieżącym roku, jest brak politycznego porozumienia co do przyszłości opieki zdrowotnej. Bo na razie na wecie prezydenta przegrał i rząd, który nie wdroży swoich ustaw, i prezydent, który i tak nie postawi skutecznej tamy prywatyzacji szpitali.

Czy prywatyzacja szpitali to poważne zagrożenie dla polskiej służby zdrowia - jak to przedstawia prezydent i opozycja? Nie wiemy. Ale wiadomo, że polskie szpitale potrzebują ogromnego zastrzyku finansowego na inwestycje w najbliższych kilku latach, by do 2012 r. spełnić wymagania i normy unijne. Skoro tych pieniędzy nie będzie w budżecie ani w samorządach, być może trzeba ich szukać u prywatnych inwestorów. Ale masowa prywatyzacja byłaby prawdziwym zagrożeniem dla mniej zamożnych pacjentów. Dlatego nikt nie zwolni ani rządu, ani samorządu z kontroli nad tym procesem. Ustawy, które dzisiaj ma zawetować prezydent, takiej skutecznej kontroli nie dają.

Polska opieka zdrowotna stoi dziś przed gigantycznymi problemami - odpowiedniego finansowania, odpowiedniej organizacji i odpowiedniego zarządzania. Nie ma na świecie cudownych recept, które pozwoliłyby wyleczyć jednym ruchem wszystkie jej bolączki. Nie ma idealnego systemu zdrowia, który moglibyśmy naśladować.

Ale jest coś, co polskich polityków zdecydowanie wyróżnia.

We wszystkich cywilizowanych krajach rozwiązania trudne do przełknięcia przez społeczeństwo są podejmowane w zgodzie politycznej. Nad zmianami długo debatują politycy rządzący z opozycją. I słuchają ekspertów. I jeśli już zdecydują się na jakiś krok, to nie muszą się z niego wycofywać po upływie kadencji.

Nasi politycy - odwrotnie. Natychmiast po przejęciu władzy nabywają monopol na słuszność i rację we wszystkich sprawach dotyczących polityki zdrowotnej. I dlatego właśnie mamy tak wspaniałą ochronę zdrowia.

Elżbieta Cichocka, Gazeta Wyborcza

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2008