
NEWSWEEK: We wtorek 21 października Sejm uchwalił pakiet ustaw zdrowotnych. Mamy się z tego cieszyć?
KONSTANTY RADZIWIŁŁ: Będąc z natury optymistą, kończę rok 2008 z poczuciem straconego czasu. Wokół ustaw zdrowotnych cały czas toczy się gra pozorów i wszystko skończy się na wecie prezydenta, którego Sejm nie odrzuci, bo SLD nie pali się do głosowania z koalicją rządową. Wszyscy o tym doskonale wiedzą: i prezydent, i rząd, i posłowie. Wyjdzie na to, że samorząd lekarski i inni eksperci napracowali się zupełnie niepotrzebnie, przygotowując opinie, spierając się o rozwiązania. Jeśli jednak ustawy wejdą w życie, to dopiero będę miał powody do frustracji. Bo zmiany w służbie zdrowia pójdą w złym kierunku.
Nie rozumiem. Lekarze od lat twierdzili, że ochronie zdrowia potrzeba więcej rozwiązań rynkowych. Przecież tego samego chce Platforma.
- Lekarze od lat mówili o elementach rynku w ochronie zdrowia. O współpłaceniu przez pacjentów, o dodatkowych ubezpieczeniach, o stopniowej i ograniczonej komercjalizacji placówek medycznych. O tym, że zarządzanie szpitalami powinno uwzględniać zasady ekonomii. Tego oczekiwaliśmy. Ale na pewno nie puszczenia całego systemu na żywioł. A do tego zmierzają przepisy proponowane przez Platformę. Skutki tych zmian przybliżą nas do modelu ochrony zdrowia krajów Trzeciego Świata.
To znaczy?
- W Europie Zachodniej, bo z tymi modelami opieki zdrowotnej chcemy się porównywać, większość szpitali to placówki publiczne. Nie dlatego, że Niemcy, Francja czy Wielka Brytania odczuwają wstręt do prywatnych przedsięwzięć. Po prostu publiczny system ochrony zdrowia to nie rynek, a szpital w tym systemie to nie biznes. W tych krajach kilkanaście procent szpitali to przedsięwzięcia czysto komercyjne, które mają na celu wypracowanie zysku. Pozostałe szpitale są publiczne, samorządowe, kościelne lub należą do fundacji, a jeśli działają jako spółki, to o charakterze non profit. Mogliśmy pójść tą drogą i przekształcać szpitale w spółki użyteczności publicznej, jak kilka lat temu proponował minister Marek Balicki. Obowiązkowe przekształcenie wszystkich szpitali w spółki prawa handlowego, ze wszystkimi tego konsekwencjami, to kuriozum we współczesnym świecie.
Ale to chyba dobrze, że szpitale zostaną zmuszone do gospodarności, będą oglądać każdy grosz, zanim wydadzą na zakup sprzętu? Nie chcę, żeby moje podatki i składki były marnotrawione.
- To są slogany, i pani dobrze o tym wie. Niegospodarność? Zdarza się w każdej dziedzinie gospodarki. A zadłużanie się szpitali i ciągły niedobór pieniędzy w ochronie zdrowia wynikają z dramatycznie niskich nakładów.
Dyrektorzy szpitali popierają przekształcenia w spółki, bo liczą na twarde negocjacje z Narodowym Funduszem Zdrowia.
- Twardo będą negocjować, a potem podpiszą to, na co zgodzi się NFZ. Nie da się na dłuższą metę funkcjonować bez kontraktu z Funduszem.
Ale prezes spółki nie może podpisać umowy niekorzystnej dla swojej firmy. Prawo mu tego zabrania.
- Od negocjacji pieniędzy nie przybędzie! Prezesi podpiszą kontrakty, nawet jeśli będą one, tak jak dziś, niższe niż koszty leczenia.
I co wtedy? Do akcji wkroczy prokuratura?
- Powinna. Ale może uzna, że społeczna szkodliwość czynu była znikoma? Paradoks polega na tym, że wprowadzamy jeden element rynku: szpitale skomercjalizowane, ale płatnik pozostaje monopolistą. A szpitale nie mają większych możliwości pozyskiwania dodatkowych pieniędzy. Platforma nie zdołała poprawić na czas projektu ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych. I ciągle nie ma koszyka świadczeń gwarantowanych, więc nie wiadomo, co się pacjentowi należy bezpłatnie.
Szpital-spółka nie będzie skazany na kontrakt z NFZ - będzie mógł leczyć pacjentów za pieniądze. I gdybym miała się zakładać, obstawiłabym właśnie taki scenariusz. Szpitale podpisują takie kontrakty, na jakie stać NFZ. Kolejki do bezpłatnych świadczeń wydłużają się dwukrotnie. Ale jednocześnie pacjenci mają możliwość zapłacenia za leczenie.
- No to witamy w Trzecim Świecie! Leczy się ten, kto ma pieniądze, a ten, kto nie ma, czeka. Jak to się ma do zasady równego dostępu do świadczeń medycznych finansowanych z pieniędzy publicznych? Dziesięć lat temu mieliśmy już taki system: fundacje przy prawie każdym szpitalu, płacenie cegiełkami za zabiegi. Uznano, że coś w tym jest nie tak, i ustawowo zakazano takich praktyk.
Przecież przekształcone w spółki szpitale nie przestaną leczyć, nie będzie trzęsienia ziemi.
- Jest pani pewna? Moim zdaniem za rok może się np. okazać, że Centralny Szpital Kliniczny w Warszawie znika z wykazu placówek medycznych albo likwiduje połowę oddziałów. Szpital jest zadłużony i dziś kwalifikuje się do kategorii C, zanim zostanie przekształcony w spółkę, musi przedstawić program naprawczy. Komu go przedstawia? Właścicielowi? Ministrowi zdrowia? Też. Ale przede wszystkim bankowi. A uchwalone właśnie przepisy dopuszczają, by naprawianie kondycji ekonomicznej szpitala odbywało się kosztem ograniczenia dostępu do świadczeń zdrowotnych. To nie są żarty.
Co to oznacza dla pacjenta?
- Bank może na przykład uznać, że bez zamknięcia najbardziej deficytowych oddziałów program naprawczy szpitala jest nierealistyczny. A w skrajnym przypadku, że w ogóle cały szpital nie ma szansy się utrzymać i najbardziej korzystna będzie jego likwidacja. A mówimy przecież o jednym z największych szpitali w kraju. Po pierwsze, są inne wyspecjalizowane szpitale, które nie popadły w takie długi jak CSK. Po drugie, co kilka lat państwo, czyli podatnicy, wykłada pieniądze na oddłużanie szpitali.
Może już wystarczy?
- Publicznych pieniędzy na ochronę zdrowia jest za mało. A inne kanały finansowania, np. ubezpieczenia dodatkowe, nie działają. W efekcie w Polsce ochrona zdrowia to po prostu deficytowy interes. Dowód? Dlaczego przez prawie dwadzieścia lat nie powstał żaden prywatny szpital z prawdziwego zdarzenia? Powstały fabryki lodówek, kineskopów, są inwestorzy w przemyśle samochodowym. Dlaczego nikt nie zainwestował w kilkusetłóżkowy szpital specjalistyczny, skoro to taki świetny biznes? Bo to nie jest wcale świetny biznes. Nie przy stawkach, które płaci NFZ.
Pieniędzy jest tyle, ile jest i trzeba je dobrze wydawać. A szpitale-spółki będą ostrożniejsze w wydatkach.
- Medycyna to nie ekonomia, a szpital to nie przedsiębiorstwo. Misją każdego szpitala, misją każdego lekarza jest ratowanie życia i zdrowia. To nie oznacza zielonego światła dla marnotrawienia pieniędzy, ale jeśli lekarz ma wybór: wykonać kosztowne badanie, za które nikt nie zapłaci, ale które może uratować człowieka, albo tego badania nie zrobić, nie ma w zasadzie wyboru. Ma to badanie zrobić!
To może prezydent ma dobry pomysł z referendum?
- To czysto polityczna inicjatywa, bo wiadomo, że Senat i tak na referendum się nie zgodzi. Ale nie wiem, czy naprawdę nie warto by czegoś zrobić, żeby zatrzymać te rozpędzone konie. Bardziej niż w referendum wierzę w skuteczność weta.
Małgorzata Solecka
Newsweek