Jak ze szpitala zrobić park wodny - rozmowa z M. Balickim
Rozmowa z Markiem Balickim b. ministrem zdrowia w rządzie SLDAgata Nowakowska: Minister Ewa Kopacz przedstawiła w ubiegłym tygodniu projekt ustawy o zakładach opieki zdrowotnej. Po głębszej lekturze doszłam do wniosku, iż obawy prezydenta Lecha Kaczyńskiego o dzikiej prywatyzacji i uwłaszczaniu się na publicznym majątku nie są pozbawione podstaw. Marek Balicki, b. minister zdrowia w rządzie SLD: Ten projekt dopuszcza możliwość przekształcenia samodzielnego publicznego ZOZ w spółkę z o.o. albo akcyjną. I to jest potrzebne, było to w naszym - wicepremiera Hausnera i moim - projekcie ustawy z 2005 r., który, niestety, PiS i PO pogrzebały w Sejmie. U nas były to spółki użyteczności publicznej.
Jest jednak zasadnicza różnica: w naszej ustawie nie było możliwości prywatyzacji, kapitał prywatny mógł mieć tylko do 25 proc. udziałów czy akcji. W projekcie, który pokazała minister Kopacz, nie ma żadnych ograniczeń. Samorząd może sprywatyzować przychodnię czy szpital. Wyjątkiem są tylko szpitale kliniczne: uczelnia medyczna musi zachować co najmniej 75 proc. jego udziałów.
Ciekawe, co dzieje się z majątkiem użytkowanym przez publiczny ZOZ, gdy zostanie spółką. Teraz ziemia, na której stoi przychodnia czy szpital, jest własnością samorządu. - Po przekształceniu ZOZ-u w spółkę samorząd ma przekazać jej ziemię oraz budynek. Wcześniej wszystkie szpitale powiatowe mają być przekazane samorządowi województwa.
Pokombinujmy trochę, jak państwo okraść, wykorzystując tę ustawę. - Wynajdujemy sobie dobry szpital, np. warszawski Szpital Wolski ma bardzo atrakcyjną lokalizację, samorząd oddaje spółce ziemię i budynki. Zachowuje nadal 51 proc., a 49 proc. sprzedaje. Taki szpital nadal jest publiczny, ma prawo do budżetowych dotacji na remonty i zakup sprzętu. Publiczne środki zasilają w części prywatnego właściciela.
Wyobraźmy sobie, że sejmik wojewódzki sprzedaje jeszcze te 2 proc. akcji... - Wtedy taka przychodnia czy szpital traci status publicznego zakładu. Staje się własnością prywatną.
Może nie ma w tym nic złego: nadal może zawierać kontrakty z NFZ i świadczyć w ramach składki zdrowotnej usługi medyczne. - Może, ale nie mamy żadnych gwarancji. Równie dobrze prywatny właściciel może tam otworzyć lub zbudować np. hotel, a sprzęt sprzedać, bo jest jego. Taka prywatyzacja w żaden sposób nie zabezpiecza interesu publicznego, nie zapewnia utrzymania działalności leczniczej na odpowiednim poziomie. Jeśli sejmik wojewódzki ma jeden szpital w mieście, to raczej go nie sprzeda, bo będzie miał ludzi na ulicach, ale jak ma 15 przychodni, to spokojnie coś może sprzedać. Wtedy Jarosław Kaczyński przypomni, co mówiła posłanka Sawicka, bo to w pigułce ten scenariusz.
Po tym wszystkim okaże się, że samorząd będzie musiał od początku budować nowe przychodnie i szpitale, bo nie będzie gdzie się leczyć.
Nam chodziło o to, by źle zarządzane spółki ogłaszały upadłość, wtedy działalność nadal byłaby kontynuowana, ale byłby wdrożony program naprawczy. Syndyk nie mógłby sprzedać takiego zakładu przed zasięgnięciem opinii ministra zdrowia. To zabezpiecza świadczenia zdrowotne mieszkańcom województwa.
B. wiceminister zdrowia Bolesław Piecha (PiS) chciał stworzyć siec szpitali niezbędnych do zapewnienia ochrony zdrowia pacjentom. Wtedy można by wprowadzić zasadę, że szpitala z sieci sprzedać nie można. - Platforma popełnia błąd, odstępując od sieci szpitali. Sieci powinny być jednak tworzone na poziomie województwa, a nie centralnie, jak chciał PiS.
Minister Kopacz chce, by pracownicy za darmo dostawali akcje nowo tworzonych spółek. To ma zapewne powstrzymać protesty pracowników. Pracownicy innych zakładów też dostawali akcje. - Projekt nie mówi jednak, ile akcji mieliby dostać pracownicy. Rozumiem, że w przypadku szpitali klinicznych maksymalnie 25 proc., a zwykłych - 49 proc. I później one mogą być po dwóch latach przedmiotem obrotu. Czyli to jest droga do prywatyzacji.
To forma rekompensaty dla pracowników służby zdrowi za to, że przez ostatnie lata mało zarabiali. - Kapitał zakładowy spółki ma wynosić co najmniej 5 mln zł. Powiedzmy, że w szpitalu jest 1000 pracowników, to wychodzi nie więcej niż 2,5 tys. na głowę. Ale nic nie dostaliby pracownicy szpitali nieprzekształconych w spółkę albo przychodni, których sporo już sprywatyzowano.
Po co ktoś miałby te akcje skupować? - Żeby doprowadzić do przejęcia szpitala.
Musiałby znaleźć samorząd gotowy do oddania pakietu kontrolnego. - A nie znajdzie? Wbrew temu, co mówi Donald Tusk i Ewa Kopacz, to jest bardziej ustawa prywatyzacyjna, a nie uszczelniająca. Bo co się dzieje z sp ZOZ-ami, które nie przekształcą się w spółki? Otóż projekt przewiduje, że raz na trzy lata, a taki jest mniej więcej cykl zadłużania się szpitali, samorząd może przeprowadzić akcję oddłużenia. Czyli nadal możemy zadłużać się bez końca.
Wydawało mi się, że LiD może być w wypadku tej ustawy naturalnym sojusznikiem PO. Pomożecie Platformie odrzucić weto prezydenta do niej, jeśli takie będzie? - Ten projekt jest niedojrzały, na pewno nie poprzemy ustawy w takim kształcie, bo to byłoby wypuszczenie spod kontroli ważnego segmentu usług. Będziemy go zmieniać w parlamencie, w niektórych punktach dość zasadniczo.
Rozmawiała Agata Nowakowska ("Gazeta Wyborcza")