Świetnie odpowiadała na zarzuty przed głosowaniem nad wotum nieufności. Co jednak naprawdę zrobiła Ewa Kopacz przez osiem miesięcy bycia ministrem zdrowia?Na ostatnim przed wakacjami posiedzeniu Sejmu posłowie PiS złożyli wniosek o odwołanie minister Ewy Kopacz. Żeby zbić argumenty, że nic nie zrobiła przez osiem miesięcy, wymieniła kilkanaście swoich dokonań, większych i mniejszych.
Opinia publiczna mogła się dowiedzieć, że dzieci chore na hemofilię będą wreszcie leczone profilaktycznie, by nie dopuścić do ich trwałego kalectwa. To znakomicie. Szkoda tylko, że najciężej chore dzieci nie dostaną potrzebnych leków, bo NFZ uznał, że są za drogie. Szkoda, że ministerstwo w pospiesznym przetargu wybrało lek mniej bezpieczny, choć bezpieczniejszy był w tej samej cenie. Szkoda wreszcie, że zapowiedź rozwiązania problemu leczenia hemofilii u dzieci pani minister ogłosiła dopiero po alarmujących publikacjach "Gazety".
Pani minister pochwaliła się też, że w osiem miesięcy udało jej się doprowadzić do tego, że pielęgniarki z licencjatem mogą pracować w krajach UE. To dobrze. Nie wspomniała jednak, że przedtem przez dwa lata toczyły się w tej sprawie negocjacje z Brukselą, a jej poprzednicy dostarczyli stosy koniecznych dokumentów. Przypisała sobie zasługę, choć tak naprawdę sfinalizowała jedynie to, co zaczęło się w kwietniu 2006 r. Ale obywatel takich szczegółów nie zna.
Minister kompromisu nie szuka
Zapowiedź pomp insulinowych dla dzieci z cukrzycą, dwie nowe szczepionki w kalendarzu szczepień, rozszerzenie dostępu do dentysty - to brzmi dobrze. Ale ile tu zasługi pani minister, a ile tego, że dzięki koniunkturze gospodarczej jest dużo więcej pieniędzy na opiekę zdrowotną, niż przewidywały plany?
To, co mówiła minister Kopacz, nie jest tak do końca kłamstwem, ale prawdą też niezupełnie. A właśnie o rozbieżność co do szczegółów chodzi jej oponentom.
Kilka miesięcy temu pani minister zapowiadała reformy.
Wszyscy - i opozycja, i koalicja rządząca - zgadzają się dzisiaj, że najbliższe miesiące to najlepszy moment do podjęcia zadania przekształcenia szpitali w spółki.
I opozycja, i koalicja chcą takich przekształceń. Spór toczy się o szczegóły w ustawie.
Koalicja chce, by komercjalizacja szpitali była przymusowa i natychmiastowa, opozycja uważa, że przekształcenia powinny być dobrowolne.
Koalicja chce, by wszelkie decyzje o prywatyzacji należały do samorządów. Opozycja chciałaby postawić ustawową tamę prywatyzacji. Dałoby się to zrobić, gdyby większościowy pakiet udziałów w szpitalach spółkach należał do samorządów. Albo gdyby majątek szpitala, budynki i teren, należały do samorządu, a spółka tylko nimi zarządzała.
Można by wypracować kompromisowe zapisy w ustawie, ale minister Ewa Kopacz o ten kompromis nie zabiega.
Rząd powiada, że nie chce prywatyzować szpitali. Ufa też samorządom, że nie będą ich sprzedawały, natomiast zawsze i wszędzie będą działać w interesie społeczności lokalnej. Ufność do władzy samorządowej to piękna idea i godna poparcia. Ale w ramach tej ufności można założyć, że samorząd wybierze lepsze rozwiązanie, jeśli da mu się prawo wyboru. Dlaczego rząd chce zmusić samorządy do komercjalizacji szpitali, zamiast im tę komercjalizację ułatwić przez dobrą ustawę? Dlaczego rząd nie chce dobrowolnych przekształceń?
Kopacz nie wie, jak to się robi w polityce
Kurs, jaki wziął rząd przy pracach nad ustawami naprawczymi dla opieki zdrowotnej, to kurs na veto prezydenta. To veto z całą pewnością poprze nie tylko PiS, ale i Lewica. I tak po kilku miesiącach zapowiedzi reform będziemy mieli ustawy, które wylądują w koszu.
Premier w obronie Kopacz posłużył się językiem Boya: "Krytyk i eunuch z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi".
A Ewa Kopacz nawet nie bardzo wie "jak". Nie wie, jak prowadzić dialog i jak doprowadzić do kompromisu. Ma naturę wojownika, a nie polityka. Kiedy niedawno Ludwik Dorn, Marek Balicki i Zbigniew Religa napisali wspólny tekst w "Rzeczpospolitej", pani minister w polemice z nimi używała argumentów ad personam, a nie ad rem. Nie polemizowała z ich pomysłami, nazwała je "arią trzech barytonów".
Polityka ocenia się po skuteczności działań. A jaką skuteczność w sprawach reformy będzie można przypisać pani minister, kiedy jej propozycje wylądują w koszu?
Elżbieta Cichocka ("Gazeta Wyborcza")