Służba zdrowia - podobnie jak sektor finansowy - jest jedną z tych dziedzin, gdzie rynek może działać na odwrót niż normalnie. We współczesnej ekonomii wyjaśnia się to szczególną asymetrią informacjiW sobotę wieczorem mój półtoraroczny syn dostał wysokiej gorączki. Zadzwoniłem do pogotowia Falck, gdzie mam służbowy abonament. Luksus, który za spore pieniądze dobre firmy oferują swoim pracownikom. Poinformowano mnie, że czas oczekiwania wynosi siedem godzin. Wizyta pediatry wypadłaby około trzeciej w nocy.
Wściekłość przypomniała mi, co w piątek po południu usłyszałem od pani minister zdrowia. Mianowicie, że NFZ płaci lekarzom pierwszego kontaktu po 22 zł za świadczenie tzw. nocnej pomocy. W przychodni nikt nie odbierał telefonu, więc pojechałem tam osobiście. Drzwi były na głucho zamknięte. A na drzwiach kartka z numerem telefonu do innej przychodni świadczącej nocną pomoc w imieniu naszego lekarza pierwszego kontaktu. Rejestratorka powiedziała mi, że czas oczekiwania wynosi pięć-sześć godzin. Co przez sześć godzin robić z przelewającym się przez ręce niemowlakiem?
Zadzwoniłem jeszcze raz. Teraz odebrał lekarz. Od razu powiedział, że nie przyjedzie. Obsługuje pół miliona pacjentów, więc jeździ tylko do starszych osób, które nie mogą się ruszać. Chore dzieci trzeba przywozić do niego. Na moją uwagę, że ciąganie po mieście dziecka z wysoką gorączką nie jest chyba zbyt zdrowe, usłyszałem, że nie jest tak zimno, a poza tym ludzie mają samochody, więc on nie widzi problemu. Nawymyślałem mu, chociaż wiedziałem, że to nie pomoże.
Kiedy znalazłem wolnego pediatrę (wizyta 210 zł), kupiłem lekarstwa w jednej z nielicznych dyżurujących aptek i syn wreszcie usnął, przypomniałem sobie mroczne lata 80. Moje starsze dzieci były wtedy malutkie. Polska była nieporównanie biedniejsza, ale w zamkniętej teraz na głucho przychodni był zawsze nocny dyżur. Gdy dzieci dostawały gorączki - dzieci zwykle dostają gorączki wieczorem i przeważnie jest to sobotni albo niedzielny wieczór - lekarz zjawiał się w ciągu godziny. Jak była epidemia, mogło to trwać półtorej czy dwie godziny.
Potem przypomniały mi się słowa świeżo upadłego wielkiego guru rynków Alana Greenspana wypowiedziane podczas ubiegłotygodniowych przesłuchań w sprawie kryzysu finansowego przed amerykańskim Kongresem. Na pytanie: "Czy zrozumiał pan, że pańska ideologia pozostawienia sił rynkowych własnemu działaniu nie sprawdza się w praktyce?", zlany potem Greenspan odpowiedział: "Tak, moja ideologia jest mylna". Nie powiedział, że mylna jest idea gospodarki rynkowej. Powiedział tylko, że rynek nie we wszystkich dziedzinach i nie w każdym zakresie się sprawdza. Miał na myśli sektor finansowy.
Kompletnie urynkowiony i w większości sprywatyzowany system lekarzy pierwszego kontaktu jest sztandarowym efektem urynkowienia polskiej służby zdrowia. Jeden ze skutków jest taki, że lekarze biorą od NFZ pieniądze, ale nie chce im się jeździć do chorych nocami, więc tworzą fikcję polegającą na tym, że za parę gruszy jeden cwaniak zwalnia setki kolegów z tego obowiązku. Teoretycznie obsługuje pół miliona chorych. W praktyce nie ma szans ich obsłużyć. Formalnie wszystko jest zapewne w porządku. W praktyce pacjenci wystrychnięci na dudka. Ten sam proceder z bardzo podobnym skutkiem uprawiają przychodnie publiczne i niepubliczne, bo fałszywy system tworzy te same pokusy bez względu na rodzaj własności.
Służba zdrowia - podobnie jak sektor finansowy - jest jedną z tych dziedzin, gdzie rynek może działać na odwrót niż normalnie. We współczesnej ekonomii wyjaśnia się to szczególną asymetrią informacji. Porównania międzynarodowe pokazują, że w tych dziedzinach im bardziej wolny jest rynek, tym działa on drożej i gorzej. Nasze nieszczęście polega na tym, że kolejne rządy (z obecnym na czele) nie chcą tego przyjąć do wiadomości. W miarę jak narasta kryzys wywołany przez motywowane fałszywą ideologią reformy, rządy idą coraz dalej w tym samym fałszywym kierunku. Na negatywne skutki urynkowienia odpowiedzią jest dalsze urynkowienie. Jak w stalinizmie, gdzie "walka klasowa nasilała się w miarę postępów socjalizmu". To sprawia, że za coraz większe pieniądze mamy coraz gorszą opiekę.
Przez ostatnie 19 lat polska służba zdrowia miała kilkunastu Greenspanów. Czy zanim obecny rząd zrobi kolejny krok w fałszywym kierunku, któryś z nich będzie miał odwagę powiedzieć: "Myliłem się, moja ideologia nie sprawdza się w praktyce"?
Jacek Żakowski ("Gazeta Wyborcza")