Prezydent Kaczyński nieczęsto ma rację. Nie ma jej, spierając się z rządem o swoje uprawnienia w sprawach zagranicznych. Nie ma jej, odkładając podpisanie traktatu lizbońskiego. Nie ma jej zwłaszcza, popierając degenerujący się PiS. Ale w sprawie referendum ma rację. I to z kilku powodówPo pierwsze, rządząca koalicja nie ma społecznego mandatu na to, co chce ze służbą zdrowia zrobić. Tuż przed wyborami, po opublikowaniu słynnej rozmowy Beaty Sawickiej z agentem CBA, PO z Donaldem Tuskiem na czele zarzekała się, że to, co mówiła posłanka Platformy, kupy się nie trzyma, bo PO nie będzie prywatyzowała szpitali. Teraz, nową ustawą, PO tworzy system, który prywatyzację wymusi, a przynajmniej intensywnie zachęci do niej dużą część samorządów.
Oszukiwanie wyborców to w polskiej polityce nie nowość. Leszek Miller obiecywał troszczyć się o biednych, a potem zabierał im zasiłki i bary mleczne. Jarosław Kaczyński obiecywał Polskę dla zwykłych ludzi, a nie dla bogaczy. Potem przeprowadził kosztowne reformy PIT i prawa spadkowego, na których zyskali tylko bogaci. Forsując obecny model reformy służby zdrowia, Donald Tusk wszedł na tę samą drogę.
Trudno by jednak było znaleźć przykład nadużycia tak oczywistego, jak wolta Platformy w sprawie prywatyzacji szpitali. Żadna demokratycznie wybrana polska władza nie złamała zobowiązań wyborczych w sposób tak drastyczny i nieuzasadniony nowymi okolicznościami. Żeby uniknąć oszustwa, PO musi poprosić wyborców o zgodę na prywatyzację szpitali. Może ją otrzymać tylko, rozpisując wybory albo referendum.
Po drugie, doświadczenie lat 90. wskazuje, że komercjalizacja nie sprzyja lepszemu funkcjonowaniu przedsiębiorstw. Katastrofa forsowanego kiedyś przez to samo środowisko, opartego na komercjalizacji programu Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, które zniszczyły wiele dobrych przedsiębiorstw, pokazuje, że także komercjalizacja szpitali może być przeciwskuteczna z punktu widzenia ich efektywności.
Jedynym pewnym skutkiem komercjalizacji, czyli przekształcenia szpitali w spółki, są duże koszty samego przekształcenia - wielomiliardowe wydatki na wycenę majątku oraz obsługę prawną i administracyjną. Z doświadczenia wiemy, że niezwłocznie po przekształceniu pojawią się też znacznie wyższe od płac obecnych dyrekcji koszty utrzymania zarządów i rad nadzorczych. Przedsiębiorstwa włączone kiedyś do NFI z trudem dźwigały zwiększone koszty zarządzania. Inne skomercjalizowane lub częściowo sprywatyzowane firmy państwowe i samorządowe - od warszawskiego MPT po KGHM, PZU, TVP czy PKP - stały się źródłem nieustannych skandali. Ich znakiem firmowym jest marnotrawstwo, rozrzutność, partyjny nepotyzm, nadużycia finansowe, korupcja, niekompetencja i gigantyczne płace partyjnych nominatów w roli menedżerów. Nie ma powodu sądzić, że skomercjalizowane szpitale nie będą podlegały tym samym prawidłowościom.
Po trzecie, rujnując szpitale, komercjalizacja zmusi samorządy do ich prywatyzacji. To spowoduje dalsze podniesienie kosztów, bo z pieniędzy podatników trzeba jeszcze będzie opłacić zyski prywatnych przedsiębiorców, marketing, niepodlegające kontroli przywileje zarządów, komercyjne ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej. Doświadczenia Hamburga - gdzie dokonano największej w Europie prywatyzacji szpitali - wskazują, że prywatni właściciele pokryją dodatkowe koszty, zmniejszając jakość świadczeń, likwidując mniej rentowne specjalności, wydłużając kolejki do procedur dających mniejsze zyski. Za prywatyzację pacjenci zapłacą więc zdrowiem. Jeśli zaś państwo będzie w jakiś sposób umiało wymusić utrzymanie jakości, prywatnie zarządzane szpitale - jak to ma miejsce w Anglii, gdzie w służbie zdrowia zastosowano partnerstwo publiczno-prywatne - wymuszą zwiększenie finansowania o kilkadziesiąt procent. Trzeba więc będzie szybko podwyższyć podatki lub składki. Zamiast za poprawę jakości służby zdrowia, podatnicy zapłacą jednak za błędną reformę zarządzania.
Nim za kilka lat ktoś po trwającej w doktrynalnym uporze Platformie posprząta i naprawi jej błędy, wszyscy będziemy musieli za nie płacić. Zamiast na leczenie chorych, nasze podatki i składki pójdą jednak do kieszeni rzeczoznawców majątkowych, prawników rejestrujących spółki, notariuszy, partyjnych działaczy, którzy zasiądą w zarządach oraz radach nadzorczych, i politycznie ustosunkowanego biznesu, który wygra przetargi na bankrutujące szpitale. Za dwa lata możemy się obudzić z dużo bardziej rozdętymi kosztami zarządzania i z dużo gorszą służbą zdrowia niż dziś.
Platforma zapewnia, że tym razem tak się to nie potoczy. Ale doświadczenie uczy, że jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz. A w każdym razie jest poważne ryzyko, że tak się właśnie stanie. To, co kilkanaście lat temu wydawać się mogło ciekawym i obiecującym eksperymentem, dziś - gdy mamy dużo więcej polskich i międzynarodowych doświadczeń - jest już tylko przejawem bezradności wobec rzeczywistego świata, którą władza próbuje zamaskować doktrynalnym uporem.
Władza - jak każdy - ma prawo do błędu i ryzyka. Ale gdy błąd jest tak prawdopodobny jak w przypadku projektu komercjalizacji szpitali i gdy idące za takim błędem ryzyko jest aż tak poważne, władza ma obowiązek przynajmniej zapytać społeczeństwo, czy chce to ryzyko podjąć. Zwłaszcza jeżeli postępuje wbrew własnym wyborczym obietnicom. Dlatego tym razem prezydent ma rację. Bez względu na intencję, która nim kieruje.
Jacek Żakowski ("Gazeta Wyborcza")