To nieprawda, że im więcej rynku w ochronie zdrowia, tym lepsze leczenieOd czwartku wypada współczuć rządowi. Prywatyzacja szpitali to temat niebezpieczny. I wybuchł jak niezabezpieczony granat - nagle, za sprawą jednego przecieku ze spotkania premiera z posłami PO. Jeszcze nie ma żadnej konkretnej decyzji, dokumentu, nad którym można by dyskutować, a już jest potężny ogień zaporowy praktycznie całej opozycji. Może to i dobrze, bo może wreszcie ta emocjonalna dyskusja zmusi rząd do sformułowania celu i strategii przemian w opiece zdrowotnej.
Dziś nie wiemy, co jest tym celem, bo nie można traktować poważnie hasła - żeby pacjentom było lepiej. Co to znaczy lepiej? Czy to, że po obowiązkowym przekształceniu wszystkich szpitali w spółki na operację endoprotezy nie trzeba będzie czekać trzy lata, bo taki przykład podała w dyskusji telewizyjnej minister Ewa Kopacz? Człowiek składa się nie tylko ze stawów biodrowych i skrócenie czasu oczekiwania na jeden rodzaj operacji nie poprawi opieki zdrowotnej.
Rząd chciałby skomercjalizować wszystkie publiczne szpitale. Są za tym poważne argumenty - wiele szpitali jest źle zarządzanych, nie liczy kosztów, brnie w długi. Ich właściciele - powiaty i urzędy marszałkowskie - nie dopilnowali ich gospodarki i teraz mamy pasztet - 10-miliardowy dług, z którym trzeba się uporać.
Ten dług nie jest zawiniony przez obecny rząd, ale nie można w nieskończoność udawać, że go nie ma. Na razie długi publicznych szpitali wiszą jakby w powietrzu, nie są to ani długi państwa, ani długi samorządów. Komuś trzeba je przypisać, bo szpitale się z nimi nie uporają.
Manewr księgowy
Jak pisaliśmy w sobotę, rząd chce umorzyć te długi, które szpitale mają wobec skarbu państwa (ZUS, PFRON itp.). Reszta - ok. 40-50 proc. - to długi wobec dostawcow leków, sprzętu itd. Co z tą resztą zrobić? Ministerstwo Finansów jeszcze się zastanawia - być może uruchomi specjalną linię kredytową dla samorządów lub skupi te długi przez jeden z banków.
To mało konkretne obietnice. Więcej szczegółów dostarcza prof. Stanisław Gomułka.
- W większości przypadków w grę wchodziłoby tylko pomniejszenie wartości majątku ZOZ-u o zadłużenie. Bo nowa spółka stawałaby się właścicielem ziemi, budynków i wyposażenia ZOZ-u - mówi Gomułka, jeszcze do niedawna wiceminister finansów. Z punktu widzenia finansów publicznych taki manewr jest korzystny. Dług publiczny nie obciąża ani budżetu państwa, ani budżetów samorządów.
Tylko co z tego będzie miała nowo stworzona spółka? Dostaje teren, budynki i urządzenia medyczne warte, powiedzmy, 100 mln zł i wchodzi na rynek usług medycznych z długiem 20 mln. Zapisuje się, że jej majątek wart jest 80 mln. W bieżącym gospodarowaniu niczego to nie zmieni, szpital spółka dług będzie musiał spłacać z bieżących przychodów, głównie z NFZ. Ten rok jest fatalny dla szpitali, jeśli chodzi o planowanie przychodów. Nikt z dyrektorów nie wie, na jaki kontrakt może liczyć, bo od połowy roku szykuje się trzęsienie ziemi w postaci nowych stawek za nowe procedury (tzw. jednorodne grupy pacjentów).
Nie wiadomo więc, ile i za co NFZ będzie w przyszłym roku płacić. Ani co będzie opłacalne dla szpitala, a co nie. I w tej powszechnej niepewności nowe spółki tak będą musiały zaplanować swe działanie, żeby starczyło na spłatę starych długów i jeszcze przynosiło zyski.
Czy można to osiągnąć? Tak - kosztem pacjentów. W USA, gdzie działalność firm medycznych nastawiona jest na zysk, "środki są przenoszone tam, gdzie stworzona jest możliwość dużego zysku, a nie tam, gdzie jest potrzeba medyczna. Wiele z możliwych celów opieki zdrowotnej nie jest osiąganych, natomiast niepotrzebna opieka medyczna sprawowana jest tam, gdzie można osiągnąć duży zysk. Rezultatem jest mieszanina niepotrzebnego, nadmiernego leczenia oraz niedostatecznego leczenia przy rosnących kosztach. (...) 20 do 30 proc. wydatków nie służy poprawie zdrowia" - pisze Robert Kutner w "The New England Journal of Medicine".
W polskich szpitalach spółkach można sobie wyobrazić, że z miesiąca na miesiąc znikną kolejki do operacji endoprotezy, jeśli tylko stanie się to opłacalne. Za to nie będzie gdzie leczyć żołądka, wątroby czy trzustki, jeśli terapia nie będzie przynosić placówce spodziewanych zysków.
Za modernizację zapłacimy
To nie jest prawda, że im więcej rynku w ochronie zdrowia, tym lepsze leczenie. Doświadczenia innych krajów pokazują, że im więcej rynku, tym wszystko wypada drożej, a dostęp do leczenia w znaczniejszym stopniu zależy od zamożności chorego. W USA na jednego obywatela wypada rocznie 7 tys. dol. na opiekę zdrowotną, 16 proc. PKB. U nas (łącznie z wydatkami prywatnymi) - 6,5 proc. Powinno się wreszcie przestać mówić, jakie to straszliwe nieszczelności mamy w obecnym systemie, jeśli istnieją zapędy, by w obecnym, trochę dziurawym wiadrze wywiercić jeszcze więcej dziur i zamienić je na sito.
- Sprywatyzujcie, a pozbędziecie się kłopotów - przekonują od lat liberałowie. W ostatnich dyskusjach nad prywatyzacją szpitali przedstawiciele biznesu medycznego mówią, że ona nie wystarczy, trzeba jeszcze dopuścić prywatnych ubezpieczycieli. - Bo NFZ jako jedyny płatnik to za duże ryzyko dla biznesu - padł argument w TV. Zwolenników rozwiązań komercyjnych jest wielu - prywatne firmy medyczne, komercyjne firmy ubezpieczeniowe, firmy farmaceutyczne, firmy produkujące sprzęt medyczny. Tylko czy rząd ma realizować interesy tych firm, czy dbać o zdrowie społeczeństwa?
Prywatyzacja szpitali na pewno przyspieszyłaby ich modernizację. Na pewno by je unowocześniła, stworzyła bardziej komfortowymi miejscami do leczenia. Ale za tę modernizację trzeba będzie zapłacić, bo żaden prywatny inwestor nie poświęci swych pieniędzy, jeśli nie przyniosą mu one profitów. Więc cud modernizacji nie dokona się za darmo.
Obowiązkiem władz publicznych jest pilnowanie, by cel konstytucyjny państwa - równy dostęp do opieki medycznej - był osiągany możliwie tanim kosztem, by nie marnować pieniędzy na niepotrzebne badania i niekonieczne leczenie. A jeśli wśród członków rządu zwycięży przekonanie, że powszechna prywatyzacja uwolni rząd od kłopotów z systemem zdrowia, to rząd narobi sobie jeszcze większych kłopotów. Kto dzisiaj pamięta, co najbardziej zaszkodziło AWS-owi? Przecież nie reforma emerytalna ani samorządowa, tylko źle wprowadzona reforma zdrowia.
Elżbieta Cichocka GAZETA WYBORCZA